Koszmar który zmienił moje życie
Zwykły rodzinny poranek, dwójka dzieciaków, pies i domowy rozgardiasz. Plan był prosty: gotuję rodzinny obiad, jem i ruszam w trasę na dwa, trzy dni. Padło na spaghetti z ostrym sosem – moją specjalność.
Spędziłem cały poranek w kuchni. Gdy nadeszła pora, by doprawić sos papryką, nagle poczułem dziwne pieczenie w nosie. To nie było zwykłe podrażnienie; ból szybko przesuwał się w stronę środka głowy. Zmęczenie zaczęło mnie ogarniać. Postanowiłem, że muszę się położyć, ale te kilkadziesiąt minut odpoczynku zamieniło się w zaciętą walkę z czasem. Moje nagłe osłabienie zaniepokoiło żonę i kiedy zaczęłem bełkotać, zamiast mówić, natychmiast chwyciła za telefon, by wezwać karetkę.
Karetka przyjechała w mgnieniu oka, przynajmniej tak mi się wydawało. Diagnoza lekarza była równie szybka, co druzgocąca: udar. I to głupie pytanie, które wciąż dźwięczy mi w głowie: "Dlaczego zadzwoniła Pani tak późno?" A skąd moja żona miała wiedzieć, że to udar? Położyłem się na chwilę, bo poczułem się źle, jak wielu przed mną i z pewnością również po mnie.
Karetka przewiozła mnie na SOR, a ja zacząłem czuć się coraz lepiej. Mowa wróciła, ból ustąpił, a zawroty głowy zniknęły. Lekarka skarciła obsługę karetki za to, że przywieźli mnie do ich szpitala, gdyż nie mieli miejsca dla pacjentów z udarem. Żartowałem, mówiąc, że nic mi nie jest i mogę wracać do domu. Lekarka spojrzała na mnie, jakbym był szaleńcem. Przebadała mnie i przyznała, że zatrzymałaby mnie na obserwację, ale nie ma wolnych łóżek. Ponownie zażartowałem, że mogę leżeć nawet na łóżku polowym. Na to lekarz potwierdził, że w porządku, i zabrali mnie na oddział. Pielęgniarka zaczęła przychodzić do mnie co 15-20 minut, za każdym razem pytając „Jak się pan czuje?”. To wydawało się podejrzane.
Było już około 19:00, leżałem na polowym łóżku w sali z starszym mężczyzną, który uważnie mi się przyglądał, ale nie odezwał się ani słowem. Gdy przyszła lekarka, poinformowała mnie, że przeszedłem lekki udar. Dodała, że jeśli do rana nic złego się nie wydarzy, wykonają badania i wypiszą mnie do domu. Podkreśliła, że jeśli tak się stanie, to miałem dużo szczęścia i ktoś czuwał nade mną. Zaniepokojony próbowałem zasnąć.
Około 23:00 poczułem ten dziwny, palący ból w głowie – tym razem był znacznie silniejszy, a jego intensywność sprawiła, że zaczęło mnie wykręcać. Starszy pan wezwał pielęgniarkę, która przybyła, spojrzała na mnie i zapytała, czy ból powrócił. Powiedziała, że muszę wytrzymać. Przez całą noc, aż do 4:00, ból wykręcał mi głowę, rękę i nogę, dodatkowo co chwilę odczuwałem silne skurcze kończyn. To było okropne. W mojej głowie krążyła tylko jedna myśl: 'Umieram! Co z dziećmi? Jak poradzi sobie moja żona?!'
Pielęgniarka zaglądała do mnie co dziesięć minut, jakby sprawdzała, czy nadal żyję. Około godziny drugiej przybyła lekarz, która powiedziała: "Musi Pan wytrzymać, nic nie możemy zrobić, przeszedł Pan rozległy udar i musi Pan walczyć". Łatwo jest tak mówić. Widziałem w oczach lekarki współczucie i bezsilność. O piątej rano wszystko się skończyło, a ja nie mogłem już mówić ani poruszać lewą ręką i nogą. Udało mi się jedynie prawą ręką napisać SMS do żony i rodziców, informując ich, że jestem sparaliżowany i w nocy przeszedłem rozległy udar.
O godzinie 6 rano przenieśli mnie na łóżko poudarowe i przetransportowali na salę, gdzie podłączyli do różnych urządzeń. Kazano mi odpoczywać. Lekarka miała przyjść do mnie około godziny 9, aby mnie szczegółowo poinformować o moim stanie. O 8 przyjechała żona z moją mamą. Kiedy ich zobaczyłem, nie mogłem powstrzymać łez. Nie byłem pewien, czy płaczę z radości, że przeżyłem, czy z bólu, myśląc o przyszłości. Patrzyli na mnie z wyraźnym niepokojem, jakbym znajdował się na skraju śmierci. W ich oczach dostrzegałem ból i strach, a widok wszystkich tych maszyn i kabli podłączonych do mnie był przerażający.
O kilka minut po dziewiątej przybyła lekarka. Oznajmiła, że najgorsze mam już za sobą. Zdiagnozowano u mnie połowiczny paraliż lewej strony ciała. Będę musiał leżeć w szpitalu przez około miesiąc, a następnie czeka mnie długa rehabilitacja. Ponieważ stosowałem leki rozrzedzające krew, nie mogli podjąć żadnych działań w nocy – i to dobrze, ponieważ nie mogli podać trombolizy, co przyczyniło się do wystąpienia paraliżu. Teraz potrzebuję spokoju i długotrwałej rekonwalescencji. Tak właśnie zaczyna się nowy rozdział w moim życiu.
Dodaj komentarz
Komentarze